zarejestruj się PL EN PT


login: hasło:

PRZECZYTAJ
Bogdan Konopka

...o anielskiej naturze fotografii...

Jacek Poremba

To, co trzymam w dłoni, ma tylko pomóc zrobić to, co mam w głowie.

Konrad Pustoła

o marginalizacji polskiej fotografii na światowym rynku

Tomek Sikora

...o fotografowaniu bez pamięci...

Inspirujące rozmowy...


Z Jackiem Porembą o buddyzmie, buractwie i przerastaniu mistrza
rozmawia Marta Eloy Cichocka

 

fot. Jacek Poremba

 

Twoja droga do fotografii była dość kręta... Kiedy po raz pierwszy poczułeś się fotografem z prawdziwego zdarzenia?
Nie wiem. Nie czuję się „fotografem” ani „artystą”. Do dziś kulę się w sobie, gdy słyszę to słowo.

 

W takim razie, czym się czujesz? Może to problem z samoidentyfikacją?...
Nie sadzę. Ale związałem się z fotografią komercyjną, której nie uważam za sztukę. Ona może być sztuką i często nią bywa, ale ja to traktuję raczej jako rzemiosło artystyczne. I denerwują mnie ci, którzy wszystko, cokolwiek fotografują, uważają za sztukę.
 

Większość malarzy, których dzisiaj uważamy za klasyków gatunku, traktowało malarstwo jako rzemiosło, prawda?
Bo to było rzemiosło artystyczne. Sztuka wiąże się z pojawieniem się muzeów i krytyków z ich teoriami, i całego kontekstu rynkowego.

 


fot. Jacek Poremba


Czyżby to, co jest na sprzedaż, nie mogło już być sztuką? Czy też jest w tym jakaś głębsza filozofia?
I tak, i nie... No właśnie, moim ukochanym powiedzeniem jest: „pomiędzy tak i nie”. Trudno to wytłumaczyć, ale nie ma w tym obojętności: to jakiś poziom abstrakcji. Taki, jak w buddyzmie: dźwięk jednej klaszczącej dłoni… Jestem niewierzący, ale buddyzm (zwłaszcza zen) jest mi najbliższą religią. Od lat odkrywam tam kwestie, które mnie fascynują, są mi najbliższe i – czuję to – są we mnie.

Zgodnie z buddyjskim światopoglądem organizowanie sobie świata na zasadzie przeciwieństw bardziej utrudnia życie, niż je ułatwia. Ułatwia, bo staje się punktem odniesienia: „lubię/nie lubię”, „tak/nie”; ale i utrudnia, bo dzieli i rodzi konflikty... A wracając do punktu wyjścia, czyli pytania o twoją drogę do fotografii, to jak ty na to patrzysz?
Punktem wyjścia było to, że nie zdałem do szkoły filmowej. Przez to, że nie miałem mistrza ani żadnej szkoły, moja droga stawała się dłuższa, bardziej rozciągnięta w czasie. Przez te cztery lata, pracując sam, nauczyłem się dużo więcej, niż gdybym był w tej szkole.

Co przypuszczalnie sprawia, że z dużym powodzeniem potrafisz tak nabytą wiedzę przekazywać dalej...
W latach 90. poproszono mnie, żebym poprowadził zajęcia, właśnie w szkole filmowej. To był początek mojego nauczania. Do dzisiaj mam wielka tremę wobec ludzi. To, czy mówię składnie, czy nieskładnie zależy w dużej mierze od audytorium. Podejrzewam, że pierwsze nauki w moim wykonaniu były bardzo chaotyczne, ale już wtedy uważałem, że nie odkryłem w fotografii nic nowego. I dalej tak uważam. A nawet, gdybym odkrył, to stając przed grupą ludzi, czuję się w obowiązku wszystkim z nimi dzielić.

 


fot. Jacek Poremba

A wszystko zgodnie z zasadą, że uczeń ma przerosnąć mistrza – czego większość mistrzów jednak się obawia.
Moim zdaniem mistrz to ktoś, taki, kto dzieli się swoim doświadczeniem. Przekazywanie tego, co się w życiu zrobiło, polega na tym, że się o tym mówi. Tymczasem wielu profesorów odczuwa strach, czy zazdrość, że ktoś się okaże lepszy… Dlatego dobrze byłoby, żeby fotografii uczyli czynni fotografowie, którzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia.

Czy jest coś, co ty sam czerpiesz z uczenia?
Dla mnie uczenie to cudowne konfrontacje ze studentami, nieraz przeciągające się do kilku godzin. Zdarzają się prawdziwi pasjonaci, zadający mnóstwo pytań – i ten czynnik jest dla mnie bardzo ważny, bo ja właściwie nie umiem uczyć. Mogę tylko opowiedzieć swoją historię. Bardzo bym chciał – choć nie wiem, czy są w Polsce takie miejsca – nauczyć się uczyć. Bo jeżeli chodzi o regularne uczenie w szkole, to mam problem: pierwsze zajęcia – opowiem coś sobie, drugie – idziemy do studia i opowiem, jak pracuję, czego używam i to wszystko pokażę, a trzecie… Jeśli nie ma jakiegoś dialogu, to nie wiedziałbym co robić na trzecich zajęciach.

 


fot. Jacek Poremba


Chyba trochę przesadzasz! A czego chciałbyś uczyć, mając w ręku odpowiednie metody?
Jeżeli ktoś w tym, co ja robię, odnajdzie jakąś energie i wykorzysta ją dla jakiejś innej, lepszej energii – to dla mnie największa radość, jaka może spotkać tego, kto przekazuje tę energię, czyli uczy. Jeżeli ktoś będzie tylko kopiował, lub nie zrobi nic – to jego problem. Ja mówię o wszystkim, co sam robię. Często spotykam się ze zdziwieniem, że o tym wszystkim opowiadam! Inni tego nie robią. Uważają, że każdy musi do tego dojść samodzielnie. A według mnie po to jest szkoła, żeby pokazać różne drogi i ułatwić wybory.

Zwłaszcza, że te drogi bywają długie i żmudne, a niemal każdy adept fotografii marzy o tym, żeby jak najszybciej z niej żyć. Tymczasem, jeśli dobrze pamiętam inspirujące rady Michaela Ackermana, lepiej jest żyć fotografią, niż z fotografii...
Oczywiście! Moją drogę zaczynałem od fotografii niekonwencjonalnej. Potem zrobiłem pierwsze zdjęcia modowe i po roku zacząłem żyć z fotografii, co trwa do dziś, choć cały czas marzyłem, że jeszcze do wielu rzeczy wrócę, wielu się nauczę... I że będę mógł robić jednocześnie i jedno, i  drugie. Ale nigdy się to nie udawało. A z czasem doszedłem do tego, że świat fotografii komercyjnej jest po prostu zepsuty. Znam fotografów, którzy mówią wprost, że to nie fotografia jest ważna, ale bywanie w wielkim świecie. Ja części zaproszeń w ogóle nie otwieram, te dla jednej osoby od razu wyrzucam, a gdy czasami gdzieś pójdę, to później cierpię, bo uważam, że zmarnowałem czas.

 


fot. Jacek Poremba


Nie marnowałeś za to czasu na polu golfowym...
To była śmieszna przygoda. Na początek – temat zupełnie mi obcy. Hmm, golf... Pomyślałem, że zrobię portret Polaka na polu golfowym. Ale ten Polak-golfista tak mnie zmasakrował swoim buractwem, że już chciałem zrezygnować z projektu i uciec... Byłem na polu golfowym z dwójką asystentów, dostaliśmy meleksa i w pięknych okolicznościach przyrody zabraliśmy się do obserwowania tych ludzi. Zauważyliśmy, że większość traktuje nas jak kawałek śmiecia, nawet nie powiedzą „dzień dobry”. Postanowiłem postawić aparat w jednym miejscu i robić zdjęcia tylko tym osobom, które  powiedzą „dzień dobry”. Myślę: zrobię portret sympatycznego Polaka na polu golfowym. I okazało się, że na sto osób może dziesięć powiedziało mi „dzień dobry”. I to też w taki sposób... W końcu mówię sobie: nie kombinuj, Poremba, tylko pomyśl o polu golfowym jak o Sudanie. Zacząłem myśleć o energii przestrzeni, szukać energii pola golfowego... I nagle ta przestrzeń golfowa bez golfisty stała się dla mnie magiczna.

Krótko mówiąc – pole bez buraka... 
Golf nagle też okazał się zupełnie inny. A dzięki temu tematowi zrobiłem też – bardzo mały – kawałek Polski. Temat pola golfowego i pól golfowych na świecie jest na pewno do pociągnięcia.

Jak wielką wagę przywiązujesz do sprzętu?
Niemal żadną. Zbyt wiele osób przywiązuje do sprzętu zbyt dużą wagę. Do Toskanii pojechałem rowerem, z plastikową jednorazówką i przeterminowanymi filmami Koniki. I udowodniłem, że to jest sprzęt, którym mogę robić taką fotografię, jaką chcę. Że to, co trzymam w dłoni, ma tylko pomóc zrobić to, co mam w głowie. Kiedyś posiadanie dobrego sprzętu, trudnego do zdobycia, było nobilitujące; dziś się to zmieniło i nie robi takiego wrażenia, na szczęście.

fot. Jacek Poremba

Wyszedłeś od inspirujących zdjęć modowych. Co teraz cię inspiruje? Portret?
Nadal jestem tym trochę komercyjnym fotografem. Przestałem robić modę tylko dlatego, że jest coraz mniej miejsc, w których mógłbym publikować taką modę, jaka mnie interesuje. Uważam, że zrobienie ładnej pani na ładnym tle jest banalnie proste. A mnie interesuje fotografia, która mówi bardziej o moim świecie niż, o kolekcji, która jest trochę przy okazji tej opowieści... A jeśli chodzi o portret, to coraz częściej wychodzę z czarnego tła i szukam energii w ludzkiej twarzy: tak, żeby sama twarz potrafiła cię „rozwalić”. Myślałem też o serii portretów tzw. gwiazd, robionej „od pleców”. Tak, żeby nie było twarzy, która już jest marką, tylko żeby był człowiek.

 


fot. Jacek Poremba


Czy polski rynek nie jest dla ciebie po prostu trochę za ciasny? Nie pytam o polską fotografię, bo kwestia fotografii narodowych to osobna sprawa – ale na pewno istnieją narodowe rynki fotograficzne, mające swoją specyfikę. Nie chciałeś nigdy podziałać poza Polską?
Po pierwsze – jest problem komunikacji językowej: bardzo kiepsko mówię po angielsku i wynikająca stąd moja nieśmiałość powoduje, że nie potrafię się gdzieś wychylić. Nawiasem mówiąc, w Afryce nie miałem z tym problemów: osiągnąłem taki stopień komunikowania, że to ja pomagałem Asi, która kończyła angielską szkołę i jej poziom języka nie pozwalał na zrozumienie Sudańczyków [śmiech]. A po drugie – uważam, że w fotografii komercyjnej czy portretowej nie robię nic tak nadzwyczajnego, co mogłoby spowodować, że nagle ktoś zaproponuje mi wyjazd z Polski. Zresztą, jeszcze nie miałem takiej sytuacji, żebym szukał pracy, chyba nie umiem tego robić. Miałem to szczęście, że zawsze dostawałem to, czego było mi trzeba. Gdybym teraz musiał o to walczyć, byłoby to dla mnie trudne.

 


fot. Jacek Poremba


Co chciałbyś teraz dostać?
Zawsze tęskniłem do tego, żeby robić swoją fotografię i móc z niej żyć, a dopiero przy okazji robić fotografię komercyjną. Gdybym miał powiedzieć, czego najbardziej pragnę, to tak właśnie chciałbym funkcjonować.

W takim razie tego właśnie ci życzę. Dziękuję za rozmowę!