zarejestruj się PL EN PT


login: hasło:

PRZECZYTAJ
Bogdan Konopka

...o anielskiej naturze fotografii...

Jacek Poremba

To, co trzymam w dłoni, ma tylko pomóc zrobić to, co mam w głowie.

Konrad Pustoła

o marginalizacji polskiej fotografii na światowym rynku

Tomek Sikora

...o fotografowaniu bez pamięci...

Inspirujące rozmowy...


Z Konradem Pustołą 

o marginalizacji polskiej fotografii na światowym rynku 

i o subwersywności wobec systemu

rozmawia Marta Eloy Cichocka


fot. Konrad Pustoła

 

Zacznijmy od początku... Zastanawiasz się czasem, kto wymyślił tę całą fotografię i na co mu to było potrzebne?

Wiadomo kto: Anglik z Francuzem, niezależnie od siebie, jeden wspierany przez rząd, a drugi walczący o swój patent. Skądinąd – ciekawa sytuacja w kontekście dyskusji o prawach autorskich, prawda? A po co... Myślę, że z tych samych przyczyn, z których dzisiaj wyciągamy aparat albo pstrykamy zdjęcie telefonem komórkowym – czyli tworzymy index. Wytwarzamy w ten sposób naszą indywidualną relację z czasem i przestrzenią. Istotny jest sam akt zawłaszczenia tego, co widzimy: to zapośredniczenie staje się przepustką do tego, żeby świat zobaczyć, oswoić, zawłaszczyć. 

Z drugiej strony czytałem gdzieś, że kołem zamachowym fotografii była pornografia (czyli trochę tak, jak dzisiaj z rozwojem internetu) – i temu można by poświęcić całą dyskusję panelową. Ciekawa jest chociażby współzależność między rozwojem fotografii (i pornografii!) a polaroidem... Dziś tę samą uwalniającą funkcję pełni fotografia cyfrowa: oznacza możliwość nieograniczonej ekspresji, odzyskanie kontroli nad tym, co się utrwala, bez przymusu zanoszenia tego do żadnego labu. 

 

A jak wyglądały początki twojego zainteresowania fotografią? Co takiego sprawiło, że (świadomie lub podświadomie) zmieniłeś kierunek swojej drogi życiowej, związanej z pierwotnie obranym kierunkiem studiów? 

Jeśli chodzi o ekonomię – była konsekwencją uwarunkowań rodzinnych i czasowych. Wróciłem z USA jako osoba bardzo młoda, nie bardzo wtedy jeszcze wiedziałem, co chcę robić, a amerykańskie liceum przygotowało mnie wyłącznie do ścisłych rzeczy. Za to już na studiach okazało się, że interesuje mnie głównie filozofia ekonomii, polityka, historia – wszystkie te sytuacje społeczno-humanistyczne. Przy czym, w kontekście ówczesnej neoliberalnej ekonomii lansowanej z modernizacyjnym optymizmem, szybko nauczyło mnie to krytycznego spojrzenia, które mam do dzisiaj. 

A fotografia to dla mnie narzędzie relacji ze światem. Sposób przejścia od abstrakcji i intelektualnego rozumowania i postrzegania – do realnego bycia w świecie. Aparat fotograficzny na początku stanowi przepustkę do kontaktu z innymi, a teraz zmusza mnie samego do przekraczania różnego typu przesądów. Dodaje odwagi. Legitymizuje. Z drugiej strony – fotografia to wciąż tylko narzędzie i tego narzędzia nie należy przeceniać ani uzależniać się od niego. Sama sytuacja fotograficzna istnieje jako sprzężenie pewnej energii. Twórczość to nieustanna koncentracja, proces o wielu fazach: myślenie, przeżywanie, relacja przefiltrowana przez to, kim jestem, jak myślę, co robię i jakie mam doświadczenia...

 

Kto na tej fotograficznej ścieżce najmocniej cię zainspirował, od kogo nauczyłeś się najwięcej?

Z realnych osób, to albo takie, z którymi spotykałem się na początku i które zagrzewały mnie do działania, jak na przykład Wojciech Prażmowski – albo te, z którymi pracowałem, czyli  Juliusz Sokołowski i Mark Power. Z artystów używających medium fotografii zdecydowanie najciekawszy jest dla mnie Thomas Ruff i to, jak elastycznie i krytycznie traktuje on to medium...  

 

fot. Konrad Pustoła

 

 

Z biegiem lat twój stosunek do fotografii nieustannie ewoluuje, podobnie zresztą jak role społeczne, które przybierasz. Byłeś już pasjonatem, zawodowcem, asystentem, artystą, absolwentem prestiżowej uczelni artystycznej... Kim jesteś teraz, kim chcesz być jutro?

 Cóż, oczywiście, że ewoluuje i to równolegle do tego, jak sam się zmieniam. W sumie ciągle funkcjonuję w każdej z tych ról, które wymieniłaś (może oprócz asystenta)... I pewnie jeszcze kilka bym dorzucił... Chyba jakoś tak już ze mną jest, że szybko czuję wypalenie...  A teraz – teraz czuję się jak gąbka chłonąca jak najwięcej doświadczeń: bez tego nie jestem w stanie pracować.

 

Jak możesz podsumować wpływ, jaki wywarły na ciebie studia w Royal College of Art? 

Pozbyłem się części kompleksów, ale również i wielu złudzeń. Utrwaliło się też we mnie przekonanie, że fotografia jest medium o bardzo, bardzo płynnej tożsamości, w związku z czym kurczowe czepianie się jakiejś tradycji może prowadzić do mało interesujących rezultatów. 

Poza tym, rzecz ciekawa, w Londynie ciemnia i studio komputerowe były tak ustawione, że nie było żadnej prywatności: wszyscy widzieli, co robią inni. Dyskutowałem nawet na ten temat z wykładowcami. To nieustanne podleganie ocenie z jednej strony wywoływało konieczność wytwarzania umiejętności obronnych, a z drugiej strony wymuszało autocenzurę. Wydaje mi się, że im więcej prywatności, dyskrecji i swobody, tym szersze przestrzenie wolności i brak ograniczeń w procesie twórczym. Z drugiej strony, paradoksalnie, im wszystko jest łatwiejsze i szybsze, tym jest trudniejsze: za mało jest czasu, żeby pomyśleć. Łatwiej jest generować substancję wątpliwej jakości – ale ci, którzy naprawdę maja coś do powiedzenia, i tak sobie z tym radzą, i to będzie miało siłę.

 

Jakie refleksje nasuwają ci się po tegorocznym salonie Paris Photo w Paryżu? Jeszcze dwa lata temu oboje ubolewaliśmy nad faktem nieobecności jakiejkolwiek polskiej galerii; w tym roku były już dwie, a praca twojego autorstwa była wyraźną dominantą sektora środkowoeuropejskiego. Jakie to ma dla ciebie znaczenie?

Targi nastawione są głównie na obrazy przedstawiające. Najlepiej monumentalne i szybko czytelne – czyli mocno wizualne i niezbyt wymagające przekazy. Nie wiem, czy to jest to, o co mi chodzi w tym, co robię. Staram się używać obrazu do budowania czegoś bardziej uniwersalnego. Co przemawia odkrywając coś o świecie, w którym żyjemy lub zmusza do zerknięcia w głąb nas samych. Niezbyt interesuje mnie reprezentacja. 

 

fot. Konrad Pustoła

 

 

Jak traktujesz komercyjny rynek sztuki? I jak tłumaczysz sobie marginalizację polskiej fotografii na tym rynku? Czy taka sytuacja ma wpływ na twoje decyzje dotyczące dalszej kariery – czy też nie zadajesz sobie tego rodzaju pytań?

Patrząc na to z punktu widzenia ekonomii, komercyjny rynek sztuki jest nieodzownym elementem tego systemu, który ułatwia wartościowanie – co z kolei umożliwia pracę, realizowanie projektów w środowisku ograniczonych zasobów, czyli niewystarczającej ilości środków. Marginalizacja polskiej fotografii wynika z braku „agentów” tego rynku, agentów z prawdziwego zdarzenia, ale również z braku nakładów na promocję. Dobre projekty, niestety, nie wystarczają. Potrzebne są wystawy, publikacje, a przede wszystkim – odpowiedni networking wśród międzynarodowych krytyków, kuratorów i mediów, bo to są „agenci”, którzy nadają walidację wartości. Bez tego nie osiągnie się zaufania instytucji sztuki oraz dużych kolekcjonerów, a to są trendseterzy na tym rynku. To tyle z punktu widzenia instytucji zajmujących się napędzaniem popytu. 

A z punktu widzenia artystów (czyli podaży) – komercyjny rynek sztuki generuje presję, korumpuje i wprowadza bardzo dużo niepotrzebnych uwarunkowań. Być może z tego względu lepiej, że nie musimy za bardzo się z tym męczyć, tylko możemy skupić się na pracy. Polska jest tak fascynującym krajem, że pracy nie brakuje.

 

Jakie miejsce wśród twoich projektów zajmuje seria „Dark rooms“? Czy kolejne cykle będą jej kontynuacją, czy wręcz przeciwnie?

Widzisz, cała moja strategia w tym projekcie polega na nie komentowaniu tego, o czym on jest. Dla każdego jest to projekt o czym innym. Co prawda, był to mój projekt dyplomowy i musiałem go jakoś odpowiednio i subtelnie steoretyzować – ale cały ten projekt jest lustrem: czymś, w czym my, istoty seksualne, możemy się przeglądnąć, a to, co tam zobaczymy, zależy od tego, kto patrzy. Czytałem już bardzo wiele interpretacji, co bardzo mnie cieszy, bo dokładnie o to chodzi. O takie zmuszenie do zatrzymania się – które ma właśnie potencjał rozszerzania tego, co my będziemy widzieć i rozumieć. 

Przy czym zdaję sobie sprawę z tego, że „Dark rooms” są estetyczne – i chciałem, żeby wywoływały emocje, i to sprzeczne emocje, bo tylko w momencie sprzeczności włącza się myślenie, a znika przezroczystość. Nota bene, projekt ten został dość mocno zaatakowany przez kilku politycznie poprawnych polskich gejów, co automatycznie obnażyło ich anachroniczność i niedzisiejsze strategie walki politycznej, które trącą myszką. Ten projekt pokazuje coś z punktu widzenia homoseksualistów i w tym sensie  stoi w opozycji do projektu „Niech nas zobaczą”, gdzie pary homoseksualne trzymają się za ręce, prowadzą mieszczański tryb życia. Tymczasem ja pokazuje Innego – i jego seksualność, jakkolwiek by tego nie zdefiniować. Wywołało to zarzut, że daję naboje w ręce prawicowych oponentów, że wszystko w tym projekcie jest obrzydliwe, odpychające – co pokazuje tylko lęki tych, którzy te zarzuty formułują. Wierzę, że dopóki nie nauczymy się żyć ze sobą akceptując swe różnice, dopóty utrwalamy wygodne dla tylko niewielu status quo. Bo w przypadku gejów ci, co maja więcej władzy finansowej mają w życiu wygodniej, a reszta nie ma jak się upodobnić o mainstreamu.

 

Z serii Dark Room. fot. Konrad Pustoła

 

Jaka jest twoja opinia na temat społecznej funkcji fotografii? 

Taka sama, jak na temat społecznej funkcji sztuki: nie zawężałbym tego do fotografii. Sztuka oferuje szansę na przeżycie czegoś; daje inne spojrzenie – krytyczne, ale nie tylko; generalnie pozwala na poszerzenie widzialnego. Uniwersum polityczne często polega na zawężaniu sensorium, bo wtedy łatwiej jest ludźmi sterować i kontrolować ich; podczas gdy potencjał sztuki to rozszerzenie tego, co widzimy, słyszymy, odczuwamy.

Dla mnie osobiście bardzo ważna jest bezkompromisowość tego, co się robi. I myślę, że fotografia jest w bardzo trudnym momencie. Przy tej ogromnej łatwości produkowania i publikowania – co wpływa na to, ze dorzucamy się do tego zalewu obrazów i osłabiamy ich siłę – trudno mi już uwierzyć w przedstawienie, w narrację; nie czuję, żeby to posuwało cokolwiek do przodu, żeby miało prawdziwy potencjał emancypacyjny. Silnie działające przekazy są szybko zawłaszczane przez system do jego wzmocnienia. Subwersywność polega na delikatnych przesunięciach, budowaniu metafory używając obrazu, co oznacza, że w tym wszystkim robimy projekt zupełnie o czym innym, niż widać. 

 

Z serii Dark Room. fot. Konrad Pustoła

 

Czy w zatomizowanym i egocentrycznym społeczeństwie, w którym każdy ma aparat w telefonie, jest w ogóle zapotrzebowanie na fotografię traktowaną jako dziedzina sztuki? Czy nowe technologie sprzyjają fotografii, czy też stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie?... 

Myślę, że sprzyjają, bo to podnosi poprzeczkę, a z drugiej strony auto-edukuje odbiorców. Dzięki temu fotografia może się uwolnić od nakazu przedstawiania. A to jest chyba bardzo duży ciężar, który ludzie wychodzący z fotografii muszą nieść – i boją się go zrzucić. Mimo wszystko, ciągle trzeba się świetnie posługiwać tym medium, mieć w małym palcu wszystkie referencje, umieć przewidywać wiele rzeczy, coraz bardziej przykładać się do całej sytuacji aranżacyjnej... Ja bym się  wcale nie bał używania nowych mediów: zwłaszcza, że wszystko idzie raczej w kierunku wielu zmysłów, niż takiego prostego wywieszania obrazków na ścianie.