zarejestruj się PL EN PT


login: hasło:

PRZECZYTAJ
Bogdan Konopka

...o anielskiej naturze fotografii...

Jacek Poremba

To, co trzymam w dłoni, ma tylko pomóc zrobić to, co mam w głowie.

Konrad Pustoła

o marginalizacji polskiej fotografii na światowym rynku

Tomek Sikora

...o fotografowaniu bez pamięci...

Inspirujące rozmowy...

Z Tomkiem Sikorą o odpowiedzialności za to, co się widzi
i o fotografowaniu bez pamięci
rozmawia Marta Eloy Cichocka



Na początek – pytanie o początki… W dziale „Inspiracje” portalu Magnes Photo nie przez przypadek znaleźć można m.in. sylwetki XIX-wiecznych klasyków fotografii. I tu pytanie: czy masz jeszcze refleksje typu: „Kto tę fotografię wymyślił?”... To nie jest w końcu taki stary wynalazek. A więc kto, Twoim zdaniem, tę fotografię wymyślił – i po co?
Nagrywamy? Słuchaj, nie wiem, nie żyłem w tamtych czasach, ale wydaje mi się, że fotografia jest uproszczoną formą dokumentowania życia. Jak wiadomo, taką funkcję dotychczas pełniło malarstwo. A uwolnione od tej funkcji – odżyło; zaczęto malować bardzo emocjonalnie, impresyjnie… Już nie mówię o szaleństwach kubistycznych. Fotografia na początku to przejęła.

Fotografia przejęła funkcję dokumentacyjną malarstwa?
Tak. Aczkolwiek ówczesna fotografia była niesamowicie elitarna. Malarstwo było czymś powszechnym, jako jedyna forma rejestrowania, portretowania ludzi, opisywania sytuacji, wizualizowania takich wydarzeń, jak działania militarne czy wizyty różnych ważnych osobistości… Już nie wspomnę o malarstwie sakralnym, które oczywiście nie mogło być zastąpione przez fotografię. I w każdym kraju była olbrzymia ilość malarzy kształconych w tym kierunku, za to na początku ilość fotografów w żaden sposób im nie dorównywała. Sprzęt był bardzo ciężki, a techniki niesłychanie trudne. Można było dokumentować jedynie takie sytuacje, w których nic się nie ruszało, robić portrety tylko bardzo mocno pozowane – bo czas naświetlania był bardzo długi. Nie wszyscy się zgadzali na to, żeby się dać „zamrozić” na dwie sekundy, pięć czy dziesięć. Stąd też mój podziw budzą zdjęcia w pozycji stojącej, na których widać jakąś armię, kilkaset osób, wszyscy się patrzą w obiektyw – i wszyscy są ostrzy! Może jedna osoba jest lekko poruszona. Armia musiała być wtedy bardzo zdyscyplinowana! A teraz mam problem, prosząc parę osób o to, żeby stanęły w bezruchu w zastanym świetle. Stanie w bezruchu okazuje się niekiedy trudnością nie do przeskoczenia. Może dlatego, że ludzie wiedzą, że można inaczej; nie zdają sobie sprawy z tego, jak to kiedyś wyglądało i uważają za fanaberię to, że ja akurat chcę fotografować tą techniką.

Zauważ jednak, że historyczny rozwój fotografii postępował w czasie bardzo szybko. Nie mówię nawet o tym, że sprzęt stawał się mniejszy i lżejszy – ale o tym, że niewiele lat minęło od pierwszych kalotypii i już pojawił się ktoś, kto zaczął się bawić fotomontażem. I wyśmiano go tak samo, jak teraz wyśmiewa się zabawy z Photoshopem. Wyśmiano go argumentując, że fotomontaż nie może być sztuką!
Oczywiście. Ale to jest naturalne. Wszystkie nowe trendy w sztuce były albo mało zrozumiałe, albo wyśmiewane – dlatego, że wszystkie nowe trendy, i nie mówię tylko o sztuce wizualnej, ale o muzyce czy o literaturze, były wymyślane przez ludzi, którzy rozwijali się jak gdyby o 10 lat wcześniej i mieli zupełnie inną wizję, niż ogół. Muzyka elektroniczna też była na początku mało zrozumiała.

W takim razie mam pytanie o wychowanie odbiorców. Już XIX-wieczni teoretycy fotografii argumentowali, że wychowany na malarstwie widz nie dojrzy piękna w fotografii, jeśli się go nie nauczy dostrzegać. Co myślisz o możliwości kształtowania odbioru czy wrażliwości widzów? Czy tego można uczyć?
Myślę, że to ogromna rola ludzi, wychowawców, żeby uwrażliwiać na odbieranie sztuki, ale są pewne granice… Jeśli sztuka nie ma w sobie aspektu komunikowania się, a jej język jest kompletnie niezrozumiały, to żadna nauka nie pomoże. Człowiek nie jest w stanie odebrać przekazu bez komunikatu . Albo jeśli język sztuki opowiada o sprawach błahych i mało interesujących odbiorcę, to żeby nie wiem jak go uczyć, też go nie będzie odbierał. Moim zdaniem – ale tu zdania są podzielone i wielu krytyków się ze mną nie zgodzi – liczy się tylko i wyłącznie komunikacja na płaszczyźnie emocji i ich przekazywania. Dla mnie dzieło musi być naładowane treścią i operować takim językiem, który mnie porusza. Dopiero na tej płaszczyźnie emocjonalnej zaczynam wchodzić w czyjś świat i go sobie analizować. Jeśli nie czuję za tym konkretnej osoby, to nie jestem w stanie nic z tego wyłapać. Nie może na mnie działać armia kilkudziesięciu tysięcy ludzi, ubranych tak samo i mówiących o tym samym, bo to zaczyna być błahe. Liczy się dla mnie tylko ten człowiek, który był pierwszy i krzyczał najgłośniej, prosto z serca.

A reszta to powiela i tworzy jakiś wzór działania, żeby nie rzec: jakieś stereotypy…
Tak. Bardzo często – kompletnie beznamiętnie. A wszystko jest często wspierane przez kuratorów sztuki.

Obecność kuratorów sztuki uzasadnia funkcjonowanie systemu, za którym idą pieniądze, dotacje, programy, granty, wymiany…
Oczywiście! Ale to, co było fenomenalne w Nan Goldin, już nie rusza u jej naśladowców. Ona jako pierwsza, jako młoda osoba, wykurzona z domu, nagle weszła w kompletnie nieznane środowisko. I tak to zderzenie przeżyła, że poczuła niesamowitą wolę, żeby opowiedzieć o tym światu. Rejestrowała środkami najprostszymi, bo nie była absolutnie wykształcona, więc po prostu wzięła jaki taki aparat i robiła tak, jak umiała najlepiej, z fleszem… I absolutnie wybaczam jej amatorskość. Nie miała warsztatu – za to miała ogromną odpowiedzialność za to, co widzi. Bo będąc świadkiem takich sytuacji, które miały miejsce, nie można było tego schować dla siebie i nie opowiadać o ludziach, którzy mogą wpaść w takie szambo, mogą się samo unicestwiać. To było bardzo ważne działanie społeczne.

Tak samo, jak fotografia pobitej twarzy Nan Goldin nie była tylko opowieścią o jednym podbitym oku. Wszystkie bite dziewczyny nagle poczuły, że nie muszą się dłużej chować, że można i trzeba o tym krzyczeć.

A Nan Goldin krzyczała naprawdę głośno. Natomiast zaraz potem zaczął się silny nurt w stylu: wszyscy fotografujemy, opowiadamy o swoim życiu, ignorujemy warsztat, ignorujemy technikę, ignorujemy coś takiego, jak estetyka obrazu. Można pogardzać estetyką, ale ja tego nie rozumiem, bo jeżeli chce się złapać kontakt z odbiorcą, to nie można go na starcie zniechęcić taką niefrasobliwością i błędną techniką. Tymczasem takie są powszechne założenia. Na spotkaniach w ramach Miesiąca Fotografii w Krakowie młodzi chłopcy z dumą opowiadali o tym, że nic nie wiedzą o fotografii – i jacy to z nich wielcy artyści. Tymczasem z fotografią jest jak z każdą inną dziedziną sztuki. Żaden muzyk, który kupił syntetyzator, nie jest wielkim artystą tylko dlatego, że mógł dotrzeć paroma guzikami do całej orkiestry symfonicznej.


Możemy mówić o jakimś ogólnym trendzie: to samo jest przecież w literaturze. Mnożą się osoby, które nie mają warsztatu, nie mają pomysłu, natomiast mają wielkie parcie – i to jest parcie na okładkę, parcie na sukces. A coś takiego na pewno niszczy odbiorcę.
Widzisz, fotografia w pewnym momencie uwolniła się od tej funkcji dokumentacyjnej, o której wspomnieliśmy na początku, i zaczęła pełnić nieprawdopodobnie ważną funkcję: stała się językiem, opowiadaniem o sobie, o własnych emocjach. I to jest bardzo ważne. Co wcale nie znaczy, że trzeba fotografować siebie, albo że można zapomnieć o czymś takim, jak światło czy kompozycja.

I myślenie…
Nie mogę odmówić myślenia człowiekowi, który ma w pogardzie warsztat, bo uważa, że ma taka wizję. Tylko czy ta wizja naprawdę jest jego? Czy nie poszedł na łatwiznę? Najłatwiej jest pstrykać nic nie wiedząc na temat samego procesu. Nie chodzi mi o bezmyślność, tylko o nonszalancję. Mnie się wydaje, że kiedyś też było podobnie, ale tego nie odczuwałem, bo to nie dochodziło do galerii, rozumiesz? I my na to przyzwalamy… Nie my, ale kuratorzy, biznes, rynek sztuki.

Istnieje dewaluacja związana z pseudo demokratyzacją sztuki, którą już sto lat temu zauważył Ortega y Gasset. Teraz jest trend typu „Śpiewać każdy może.” A więc „Fotografować każdy może”. Każdy może wszystko.
Ja nie uważam, żeby ta powszechność fotografowania wpłynęła na obniżenie poziomu. Powiedziałbym, że odwrotnie. Dopóki fotografia była sztuką szalenie elitarną, drogą i niedostępną dla wielu osób, wiele talentów przepadło i nigdy nie mogło się nawet z nią zmierzyć.

Teraz mówisz jak inicjator idei Galerii Bezdomnej, która w tzw. środowisku fotograficznym była długo odbierana jako parada fotoamatorów, którzy się na fotografii nie znają, a już chcą coś powiesić. A drugiej strony mówisz, że denerwuje Cię nonszalancja i chęć pójścia na skróty…
Uwaga jest dobra. Ale zarzuty wobec Bezdomnej pochodziły często właśnie od kuratorów, którzy poczuli się w pośredni sposób pominięci. Ja bym na to patrzył całkiem inaczej: Bezdomna dawała realną okazję spotkania mistrzów fotografii z miłośnikami fotografii. Chodziło mi o stworzenie takiej konfrontacji. Byli tacy, którzy przyszli, powiesili zdjęcia, a potem obejrzeli wystawy mistrzów i zdjęli swoje. Byli i tacy, co powiesili zdjęcia kwiatków i nie zdjęli ich. Rozmawialiśmy: lubili fotografować kwiatki, zależało im na mojej opinii i był to pewien rodzaj edukacji fotograficznej. Ale oni nie wybierali się do żadnej innej galerii i nie chcieli robić wystawy w Zachęcie.

I nie żądali rozgłosu.
Zgadza się. I warto było z nimi tak rozmawiać, żeby nie odebrać im chęci fotografowania; dlatego, że żadne zdjęcia na początku fotografowania nie odpowiadają na pytanie, czy warto się tym zajmować, czy nie. Bo ludzie robią postępy w bardzo różny sposób. Niektórzy od razu mają dar fotografowania i opowiadania o czymś, a potem często nie mogą się dalej rozwinąć; a są tacy, którzy nie wybierają na początku żadnego kierunku, nie składają deklaracji, tylko próbują wszystkiego. Ci dochodzą do własnej drogi po wielu latach analizy, a przede wszystkim po dojrzewaniu wewnętrznym, kiedy naprawdę mają coś do powiedzenia. Bo to jest tak, że jeżeli człowiek nie ma nic do powiedzenia, to ani nic nie napisze, ani nie sfotografuje, ani nie zagra… Natomiast, jeżeli już chce się krzyczeć, to trzeba mieć język, a ten język musi być oparty na warsztacie. Inaczej niczego się nie opowie.

A propos warsztatu, mam pytanie o możliwości związane z czysto pojmowaną pedagogią. Na czym polega uczenie fotografii? Istnieje powszechne przekonanie, że o ile rysunek, czy muzyka wymagają talentu, to fotografia wymaga przede wszystkim umiejętności technicznych. I że fotografii nie tylko trzeba, ale i można się „nauczyć”.
Można się fotografii uczyć, można ją studiować. Trwa to kilka lat i nie jest to czas stracony, ponieważ są to studia ogólnie rozwijające... Ale na to, żeby związać na stałe ludzi z fotografią, jest tylko jedna metoda: puścić kogoś do ciemni i pokazać mu „poród”, czyli to, jak się tworzy obraz w kuwecie. Dopiero wtedy ten człowiek wie, na czym to wszystko polega. Fotografia to jest jednak światło i czas, a nauka fotografii to też jest proces obliczony na parę lat, nie można na skróty. A zresztą, po co na skróty? Przecież życie jest takie długie, prawie dla wszystkich, że można odżałować tych kilka lat… I to jest cudowny czas. Natomiast ludzie, którzy uczą fotografii, muszą uważać, żeby nie mogą narzucać swojego spojrzenia.

Istnieje ryzyko stłumienia indywidualnej wrażliwości, chęci naśladowania mistrza…
W szkołach plastycznych jest to zjawisko nagminne. Tymczasem, jeśli nauczycielem jest fotograf, który już nie jest na rynku, albo jest słaby, to jest on „staroświecki”. Z kolei ktoś rozchwytywany, pokazywany w galeriach, cały czas realizujący reportaże albo zdjęcia reklamowe, mający swój wyrobiony styl – będzie uważał, że to jedyny styl na świecie i że trzeba go wpajać młodym ludziom jako jedyną drogę do sukcesu. Na to trzeba szalenie uważać! Sam próbuję u ludzi rozwijać proces myślenia. Nie mówię im, jak reklama powinna wyglądać, tylko pytam, jak oni by chcieli, żeby ta reklama wyglądała – i niech sobie sami zrealizują własny pomysł. I niech to będzie pomysł oparty na autoportrecie. Rezultaty bywają zaskakujące!

Moje ostatnie dotyczy drogi mistrzowskiej… Na ile ty, który nie od dzisiaj jesteś punktem odniesienia dla wielu osób, sam siebie postrzegasz jako człowieka, który przechodzi  pewne etapy? I na jakim etapie jesteś teraz?
Jestem na etapie nieskończonym. Nigdy bym się nie odważył powiedzieć inaczej… Czasem ludzie pytają, jakie jest najlepsze zdjęcie, jakie zrobiłem. Jeszcze go nie zrobiłem! Gdybym zrobił, przestałbym fotografować. Oczywiście, jest to taka zabawa w słowa. Ale tak naprawdę, nie da się tego określić, czy jest coś takiego, jak „kariera”. Jest coś, co się robi – albo się tego nie robi. Jeśli to sprawia przyjemność, jest źródłem nie tylko stresu, ale również satysfakcji, zabawy, radości, wtedy jest częścią życia. Wiesz, ostatnio ktoś śmiał się ze mnie, że ja bez przerwy mam przy sobie aparat, że bez przerwy coś fotografuję... I zdałem sobie sprawę, że ja to robię nieświadomie. Są tacy, co czytają bez pamięci. Ja fotografuję bez pamięci.

"Fotografie wybrane". Galeria zdjęć autorstwa Tomka Sikory:

 

 

Wszystkie fotografie w tym artykule: © TOMEK SIKORA.