zarejestruj się PL EN PT


login: hasło:

PRZECZYTAJ
Bogdan Konopka

...o anielskiej naturze fotografii...

Jacek Poremba

To, co trzymam w dłoni, ma tylko pomóc zrobić to, co mam w głowie.

Konrad Pustoła

o marginalizacji polskiej fotografii na światowym rynku

Tomek Sikora

...o fotografowaniu bez pamięci...

Inspirujące rozmowy...


Z Bogdanem Konopką o anielskiej naturze fotografii
i o tym, dlaczego fotografii nie da się nauczyć
rozmawia Marta Eloy Cichocka

 

Autoportret. Angers. 1989.XII. fot. Bogdan Konopka

 

 

Bogdanie, znamy się od 10 lat. Masz w pamięci liczbę wystaw, jaką miałeś w minionym dziesięcioleciu?
Nigdy nie przywiązywałem wagi do takiego liczenia. Ale myślę, że samych wystaw indywidualnych zebrałoby się kilkadziesiąt. Ostatnie wystawy w Polsce to „Imperium szarości” w krakowskim Centrum Manggha – jedna z piękniejszych w sensie przestrzeni; „Subiektyw” we Wrześni, zlecenie burmistrza, wraz z książką, w której po raz pierwszy pokazuję otworkowe zdjęcia panoramiczne – tym narzędziem nigdy wcześniej nie pracowałem; i „Fotogenia ciszy” w warszawskiej Galerii Refleksy. To nostalgiczna wystawa niemal nieznanych fotografii, głównie z lat 1990-94. Jest wśród nich i moja najstarsza fotografia stykowa, z 1986 roku, z Polski, której nikt jeszcze nie widział na oczy.

 

Chciałam dziś porozmawiać o drodze ku mistrzostwu. W ciągu minionego dziesięciolecia, od 2000 roku, idąc konsekwentnie obraną przez siebie drogą, stałeś się dla wielu osób wyczuwalnym autorytetem…
Dla niektórych.

 

No tak, i to nie zawsze we własnym kraju… Czy ty sam swoje życie odbierasz już w takich kategoriach, jak droga ku mistrzostwu, ku samodoskonaleniu się?
To bardzo trudne pytanie. Z techniką stykową po raz pierwszy zetknąłem się w 1986 roku: nie miałem wtedy własnej kamery, na pożyczonej mogłem zrobić tylko kilka negatywów – ale już wtedy zrozumiałem, co tak naprawdę chcę robić. W 1989 roku, we Francji, moja żona Jacqueline kupiła mi pierwszą kamerę wielkoformatową: i na zdjęciach z lat 1990-94 jest tyle werwy, tyle pasji, tyle świeżości. Zdjęcia późniejsze, jak na mój gust, są już bardzo, jak to się po francusku mówi, „savants”…

 

BRANDU Corse. 2001.V.08. fot. Bogdan Konopka

 

Uczone? Wynikające z umiejętności?…
Uczone, bo już tyle się umie, o tyle więcej wie – i właściwie już niczego się nie szuka… Są także dojrzalsze, bo jest inna perspektywa, a z każdą podróżą po świecie przybywa perspektyw… I późniejsze zdjęcia chwilami są może i nawet za trudne. Inna rzecz, że nie mogę być młodzieńcem mając lat prawie sześćdziesiąt.

 

Czy czujesz taką werwę przy otworkach?
Już nie. I nie nazwałbym tego mistrzostwem, tylko czystym wypalaniem się. Zwłaszcza, że gdy wybierze się pewną ścieżkę duchową, która mimo że jest u mnie otwarta na wiele różnych aspektów duchowości i religijności, to jednak jest wypalanie się. Coś się w nas spala: przede wszystkim chęć chwalenia się i objawiania innym odkrytych przez siebie prawd. Stopniowo człowiek się wycisza i już nie ma takiej potrzeby „gadania” tą fotografią – ani o tej fotografii. Po prostu, jeden widzi i rozumie, i czuje (bo to chyba bardziej polega na czuciu, niż na rozumieniu); a jak ktoś tego nie czuje, to można sobie dać spokój. Po co się męczyć. Myślę, że to dotyczy wszystkiego.

 

Jacqueline. Angers. 1989.XI. fot. Bogdan Konopka

 

Czy w takim razie jest coś, czym mimo wypalenia możesz się dzielić?... Jakie masz stosunki ze swoimi studentami?
Z jednymi zachowuje kontakt na długie lata, innych to nie interesuje, a jeszcze inni piszą: „Panie Bogdanie, w życiu nie wezmę kamery wielkoformatowej do ręki, ale Pan mi otworzył oczy na światło…” Studentom Warszawskiej Akademii Fotografii nie narzucam uprawiania fotografii stykowej – raczej uświadamiam, że jak każda sztuka, fotografia jest formą wypowiedzi, rodzajem tłumaczenia świata zewnętrznego, tak zwanej realności ale i świata wewnętrznego. I to się musi w pewnym miejscu zejść, również dla widza. Nie tylko dla kumpla, który cię świetnie zna…

 

…I lubi…
No tak, to naprawdę jest wielka pułapka. A fotografia nie może być o bzdurach, nie może być o niczym – a jeśli już taka jest, niech to przynajmniej będzie śmieszne… Co zresztą jest bardzo trudne. A tak poza tym, to fotografia jest cholernie poważną sprawą. Tymczasem – jaka jest refleksja na temat natury fotografii? Fotografia to generalnie dziwka na usługach sztuki…

 

LODZ. 1999.V.05. fot. Bogdan Konopka

 

I handlu… a teraz jeszcze mediów…
...Ale zawsze dziwka. A dla mnie to nie jest dziwka: to jest anioł. Anioł, który ma swoją własną naturę. I jeśli ją respektuję, to wydaje mi się, że fotografia oddaje mi o wiele więcej, niż jestem w stanie w niej zobaczyć. Wszyscy, którzy przez tę magię przeszli, wiedzą, o czym mówię. Bywały takie sytuacje, kiedy nagle udawało mi się uchwycić kogoś, kto na zdjęciu „świecił”. Kiedyś tego nie rozumiałem, to się pojawiało spontanicznie. Zacząłem instynktownie poszukiwać wyjaśnienia: dlaczego raz ta osoba jest taka piękna, a raz nie jest? Gdzie jest ta „fotogenia”? Na czym polega? W końcu zrozumiałem. „Fotogenia” nie jest w twarzy. Jest w sytuacji, w relacji tą chwilą i tym dwojgiem ludzi: tym z aparatem – i tym, co przed aparatem. To nie jest tak, że to zależy ode mnie, że to tylko JA. Jak u Avedona albo u Beethovena, V Symfonia [Bogdan zaczyna nucić pierwsze takty utworu]: „To jestem JAAA!” Dzisiaj, jak na to patrzę, to fotografia przez cały czas jest taką V Symfonią [nuci dalej]: „To jestem ja! To jestem ja! I ja też! I ja też!” I tak non stop. A to wszystko jest o d… rozbić! Bo można stale się licytować – a wszyscy jesteśmy najlepsi. I wszyscy jesteśmy aniołami. Tylko po co musimy sobie to udowadniać?

 

Czy to nie jest przypadkiem wołanie na pustyni?...
Taki sam zgrzyt na każdym kroku. I tak naprawdę, wszyscy jesteśmy tak piekielnie, i coraz bardziej, samotni. A przecież, ile trzeba ciszy, żeby się dwoje ludzi dogadało…

I ile trzeba ciszy, żeby człowiek usłyszał sam siebie…
A fotografia to cisza. Dlatego ten tytuł, „Fotogenia ciszy”, jest na pozór bzdurny, bo co ma dźwięk do obrazu… Ale, jak się dobrze zastanowić, to masz odpowiedź.

 

ROGALIN. 2003.IV.27. fot. Bogdan Konopka

 


Ja to rozumiem bardziej poetycko…
Już nie mam sił ludziom tłumaczyć, dlaczego taki tytuł: muszą się sami zastanowić. Już mi przestało zależeć na udowadnianiu. Tak samo jest z uczeniem… Bo fotografii nie da się nauczyć. Można komuś pomóc, można coś wskazać, podzielić się, a on i tak musi sam swoje wybrać. Bo nie ma sensu, żeby każdy robił to samo, co ja – albo tak samo. To w ogóle jest bzdura. Ale powiem ci, że w najbardziej przedziwnych sytuacjach i przedziwnych zdjęciach odnajduję czasem dokładnie ten sam przekaz. I czasem jest to cyfra, czasem otworek, czasem jakiś fotomontaż, ale duchowo – tam jest ten sam przekaz. I ta sama pamięć, którą trzeba przerzucić gdzieś dalej, bo ktoś może jej potrzebować. Nawet, gdyby to była tylko jedna osoba, to i tak warto.

 

Może to kwestia tej samej wrażliwości…
I albo się ją ma, albo nie ma.

 

Albo kwestia pewnego typu inteligencji…
To jest wszystko razem, ale na pewno nie wykształcenie, ani kod genetyczny naszych rodziców… To coś niewiadomego. Czasami się manifestuje i nagle ktoś robi coś cudownego – a potem już nic.

 

Cassel. Hotel de la Noble cour. 1999.XI.10. fot. Bogdan Konopka

 

A może to kwestia pewnego typu „łaski”, rozumianej jako dar? To też wydaje mi się takie… anielskie! Ale to jest w pewnym sensie niepublikowalne…
W jakimś sensie tak, bo zaraz wszyscy powiedzą, że jestem z Radia Maryja. [Śmiech]

 

Ale wszyscy myślący ludzie wiedzą, że religia i duchowość to dwie różne sprawy. Tak samo, jak wypalenie to nie rozczarowanie.
Ja mówię o wypaleniu pewnych obrazów.

 

To bardzo ładne określenie: „wypalenie”, w sensie oczyszczenia.
Bo jest chrzest w wodzie i jest też chrzest w ogniu, o czym wiesz doskonale. Wobec tego następnym etapem jest dopalenie się czegoś – a w to miejsce znowu powstaje coś innego, jakaś inna świadomość.

 

ANGERS. 1991.III.09. fot. Bogdan Konopka

 

Pisząc serię sylwetek mistrzów dla MagnesPHOTO zauważyłam pewną prawidłowość. Niektórzy klasycy dochodzą do pewnego punktu, który biograf interpretuje jako porażkę, a ja intuicyjnie czuję, że chodzi o punkt, kiedy ktoś przebija się dalej, dużo dalej…
Chodzi o brak potrzeby i, często, o brak porozumienia. Już moje pierwsze fotografie sprawiały niektórym trudność: bo niby były „wsteczne”… Tylko, popatrz, mój pierwszy styk jest z 1986 roku: wtedy nie było fotografii cyfrowej! I to nie był sprzeciw wobec cyfry: to był sprzeciw wobec wszystkiego. Chodziło o typ fotografii, o którym jako młody człowiek w ogóle nie chciałem słyszeć: po co dźwigać ze sobą takie żelastwo… Ale gdy zrozumiałem – gdy zobaczyłem! – co to zmienia… Zrozumiałem, że jeśli jestem fotografem, to tylko w taki sposób.

 

Bo fotograf to ten, który „pisze poprzez światło”, a nie „pstrykacz”.
„Pstrykacz” albo „prise-de-visionniste” (mój francuski neologizm), który się onanizuje naciśnięciem guzika… W fotografii mamy wyjście poza sferę chronometryczną, zegarkową – i w tym tkwi prawdziwa refleksja, prawdziwa duchowość. Przecież, jako młody człowiek, też miałem swój mały obrazek , jakiegoś FED-a, i też pstrykałem…

 

Bardzo martwa natura. 23.VI.1996. fot. Bogdan Konopka

 

Czy jako młody człowiek myślałeś o tym, żeby zająć się czymś innym, niż fotografia?
Gdy byłem piękny i młody, chciałem być poetą. Pisałem wiersze. Na szczęście wszystko to diabli wzięli i nic z tego nie zostało – może dlatego, że źle się do tego zabrałem i od razu chciałem być poetą największym na świecie…

 

Żartujesz! Takie wyznanie to przełom w twoich dotychczasowych biografiach!
Ale jeszcze wcześniej, przed poezją i fotografią, byłem mistrzem Polski w pływaniu, a więc umięśnionym i wysportowanym chłopakiem.

 

Dlaczego zrezygnowałeś ze sportu?
Bo zaczęli nas faszerować jakimiś świństwami. Przerwałem około ’71 roku i zrobiłem wszystko, żeby ze sportu zniknąć, chociaż byłem już wtedy w kadrze olimpijskiej, miałem paszport w domu… Ale to już temat na inną rozmowę. W sporcie byłem długodystansowcem i tu być może znalazłyby się punkty wspólne z fotografią, jak choćby te długie czasy! [Śmiech.]

 

A więc podjąłeś taką decyzję jako kilkunastolatek: czy była to dojrzała decyzja, czy bardziej rodzaj buntu?
To była decyzja dojrzała i świadoma. Poza tym ówczesne warunki nigdy nie pozwoliłyby nam przebić Niemców ani Amerykanów. Później zajmowałem się poezją, teatrem, bardzo dużo czytałem. Buntowałem się przeciwko systemowi, byłem w różnych podziemnych strukturach, ciągle sobie łacha darłem ze wszystkich i wszystkiego, miałem z tego tytułu problemy, wyleciałem z liceum, olałem studia… Tego akurat dziś żałuję. Natomiast fotografia pojawiła się już w liceum i też była wyrazem buntu. Z buntu zacząłem fotografować Wrocław – ten taki „breslauowski” – i tak zaczęła się fotografia dokumentalna czy paradokumentalna, której nigdzie nie mogłem pokazać. Te zdjęcia ujrzały światło dzienne dopiero we Francji, a wtedy w „Le Monde” okazało się, że jest to rewelacja. Ale nigdy bym nie odkrył styku, gdybym nie oglądał się na starszych.

 

TOUQUET. 2002.X.11. fot. Bogdan Konopka

 

Czy nachodzą cię takie refleksje… w jaki sposób fotografowałbyś dzisiaj, gdybyś miał teraz 18, 20 lat?
Nie mam pojęcia. Zależy, na kogo bym trafił po drodze: bo jednak zawsze uczysz się od kogoś… Kiedyś jeszcze trzeba było coś umieć, coś wiedzieć o wywoływaczu, coś o utrwalaczu… Nie można było nie wiedzieć nic. Raz we Wrocławiu chciałem kupić papier fotograficzny i sprzedawczyni spytała: „Ile pan tego chce?” A ja dla żartu mówię: „17 papierków”. I ta pani, przy mnie, w białym świetle, rozdarła paczkę i dała mi 17 papierów fotograficznych, a ja płakałem ze śmiechu!...

 

Zapłaciłeś?
Zapłaciłem i, śmiejąc się, poszedłem do domu, a tam wszystko wyrzuciłem do kosza… A dzisiaj jest taka sytuacja, że ci, którzy łapią za aparat, często są jak ta sprzedawczyni. Niektórzy naprawdę nic nie wiedzą. Może coś wiedza o pikselach, o elektronice, ale o samej fotografii nie wiedzą nic. To jest katastrofa. I jeżeli coś w ogóle można zrobić, to próbować im to uświadomić… Ale fotografii się nikogo nie nauczy. Myślę też, że technologia nas ogranicza: do lat 50., 60. XX wieku kupowało się sprzęt, który miał służyć 20, 30 lat, a gdy się zepsuł, to się go naprawiało, wymieniało jakąś część i służył dalej. Wszystko, co kiedyś wytwarzano, miało służyć, miało trwać. A od lat 70. wszystko staje się produktem jednorazowego użytku. Teraz nawet człowiek jest jednorazowego użytku.

 

To samo mówi Erich Fromm w eseju „O sztuce kochania” – i to już w roku 1956. Pisze tam o ludziach-automatach, o wyzbywaniu się własnej wrażliwości na rzecz jednorazowej konsumpcji uczuć… Czy z takiej perspektywy można jeszcze mieć marzenia? Czy jest coś, o czym marzysz, co rozjaśniłoby Ci twarz?
Moje największe marzenie jest takie, żeby fala powrotu do technologii tradycyjnej nabrała większego rozmachu. I żeby znowu można było – dzięki ludziom, którzy się za taką tradycyjną fotografię zabiorą – kupić dobry film, dobry papier, dobry wywoływacz, a potem zobaczyć dobrą wystawę w srebrze. Niech ta nowa technologia cyfrowa sobie istnieje dalej, ona mi zupełnie nie przeszkadza, bo jest fantastyczna i użyteczna. Ale tak, jak istnieje obok siebie akwarela, malarstwo olejne czy rzeźba, tak samo dajmy sobie spokój z tym, że fotografia jest tylko jedna. Niech te rzeczy istnieją równolegle, żeby można było wśród nich wybierać...

 

GAP. 2010.VI. fot. Bogdan Konopka

 

To ciekawe, że nie wymieniłeś żadnego marzenia osobistego…
Osobiście marzę o jednym: tak samo, jak mogę wejść do księgarni i kupić jakąś wspaniałą książkę, i przeczytać ją, i poczuć, że to jest „to” – tak samo chciałbym móc wejść na wystawę fotografii i poczuć, że mi serce rośnie, że ta fotografia nie „jedzie w dół”, że jeszcze ciągle coś się w niej dzieje!

 

LODZ. 2010.V. fot. Bogdan Konopka

 

ANGERS. 1991.VI.07. fot. Bogdan Konopka

 

BRANDU. CORSE.2001.V08. fot. Bogdan Konopka

 

Jacqie 10 sek. w 10 rocznice slubu. 2002.VI.27. fot. Bogdan Konopka

 

KLICZKOW. 1986.VII. fot. Bogdan Konopka

 

WRZESNIA. 2009.V. fot. Bogdan Konopka

 

Wszystkie fotografie w tym artykule: © Bogdan Konopka.