zarejestruj się PL EN PT


login: hasło:

SYLWETKI
Eugène Atget (1856-1927)

Jak majtek i podrzędny aktor został klasykiem pejzażu miejskiego.

Mathew Brady (1823?–1896)

Dlaczego na wojnie nie można zbić fortuny

Julia Cameron (1815 - 1879)

Jak być prawdziwą lady i nie dbać ostre zdjęcia

Louis Daguerre (1787 –1851)

Jak trafić na Wieżę Eiffla, a potem w kosmos

David Hill (1802 - 1870)

Co dwie głowy, to nie jedna

Joseph Niépce (1765 –1833)

O wielkim wynalazcy i wielkiej ironii historii

Eadweard Muybridge (1830 – 1904)

O flegmatycznej zbrodni w afekcie i innych wynalazkach

Oscar Rejlander (1813 - 1875)

Jak do pomiaru światła można użyć kota

Henry Robinson (1830 - 1901)

Co jest ważniejsze: żona czy fotografia?

William Talbot (1800-1877)

Co fotografia ma wspólnego z pułapką na myszy

Z cyklu: Prekursorzy i pierwsi klasycy

 

Julia Margaret Cameron

(ur. 1815, Kalkuta, Indie – zm. 1879, Kalutara, Cejlon)

 

Jak być prawdziwą lady i nie dbać ostre zdjęcia

 

Ani arystokratyczne pochodzenie, ani tym bardziej płeć nie pozwalają wyjaśnić, jak w wieku 48 lat i z otrzymanym w prezencie aparatem Julia Margaret Pattle, typowa lady z epoki wiktoriańskiej, weszła do klasyki fotografii światowej. Urodziła się w zamożnej angielskiej rodzinie i otrzymała wykształcenie odpowiednie dla kobiet swej klasy. Wyszła za mąż za dwadzieścia lat starszego Charlesa Camerona: stanowili zgodne małżeństwo, doczekali się piątki dzieci. Zamieszkali na Sri Lance, ale dziesięć lat po ślubie wrócili do Anglii i osiedlili się na Isle of Wight, gdzie nieoczekiwanie zaczęła się przygoda Julii Margaret z fotografią. Muzeum poświęcone jej pamięci znajduje się właśnie na tej brytyjskiej wyspie na kanale La Manche.

 

Portret Julii Cameron wykonany przez jej syna (Henry Hay Herschel Cameron), który również został fotografem. / TopFoto / FORUM


ciemnia w składzie na węgiel, atelier w kurniku
Przygoda Julii Margaret z fotografią trwała niewiele ponad dekadę, a zaczęła się niemal przypadkowo: mąż często podróżował w interesach, dzieci podrosły i pozakładały rodziny, a nasza lady powoli popadała w typową dla swego wieku melancholię. Nagle w jej życiu pojawił się aparat fotograficzny, podarowany przez córki, a może przez zięcia – biografowie nie są co do tego zgodni – i w poukładanej, prawie pięćdziesięcioletniej pani obudziła się dusza artystki. Hobby szybko przerodziło się w pasję graniczącą z obsesją, skład na węgiel – w ciemnię fotograficzną, a oszklony kurnik – w atelier, gdzie Julia Margaret w spódnicy poplamionej chemią przyjmowała wizyty poetów, malarzy i modelek. Jej specjalnością były portrety ówczesnych celebrytów (pozowali jej m.in. Charles Darwin i Lord Tennyson) oraz niekończąca się galeria typów kobiecych, dla których inspirację znajdywała w mitologii greckiej, Starym i Nowym Testamencie, legendach arturiańskich, u klasyków literatury angielskiej, w renesansowych malowidłach i u uduchowionych prerafaelitów.

 

"Charles Darwin", portret autorstwa Julii Cameron (1878 rok). / TopFoto / FORUM


z techniką na bakier
Inspiracji szukała w religii, literaturze i malarstwie, bynajmniej nie zaś u członków współczesnych stowarzyszeń fotograficznych. Paradoksalnie, jej ignorancja w kwestii tajników techniki i osiągnięć ówczesnej fotografii stała się atutem, a problem z ustawieniem ostrości – znakiem rozpoznawczym. Ale początki nie były łatwe: przy pierwszej możliwej okazji „The Photographic Journal” pozwolił sobie na ironiczny komentarz, że dobrze by było, gdyby Mrs Cameron nauczyła się poprawnie obsługiwać własny aparat... Lewis Caroll wspominając wspólne oglądanie zdjęć podkreśla, że wszystkie fotografie Cameron były rzekomo „specjalnie” nieostre: niektóre, owszem, wydały mu się malownicze, ale inne były po prostu okropne. Rzecz w tym, że Mrs Cameron faktycznie miała problemy z ustawieniem ostrości – jej aparat z krótką ogniskową pozwalał wyostrzyć tylko jeden wybrany element twarzy modela, pod warunkiem, że cierpliwy model tkwił w absolutnym bezruchu. Zamiast jednak załamywać ręce nad niedostatkami sprzętu i własnego warsztatu, uczyniła ze swej ignorancji atut pozwalający jej zachować świeżość i oryginalność. I słusznie, bo te miękkie, mgliste portrety znanych ludzi i romantyczne, malarskie fotografie kobiet przetrwały próbę czasu mimo wszelkich możliwych niedoskonałości technicznych.

 

"Miłość" autorstwa Julii Margaret Cameron. Alegoryczny portret jednej z ulubionych modelek Cameron

- jej pokojówki Mary Ann Hillier z dziećmi. / TopFoto / FORUM


kopciuszek prosto z bajki
Twórczość Julii Margaret Cameron uratował od zapomnienia Alfred Stiglietz – ale honorów i uznania doczekała się jeszcze za życia. Jej zdjęcia trafiły do zbiorów British Museum i Victoria and Albert Museum w Londynie, a gdy przesłała 25 fotografii Victorowi Hugo, poeta napisał w podzięce: ”Nikt jeszcze nie uchwycił promieni słońca tak, jak Pani. Chylę się do Pani stóp.” Z fotografii Julii Margaret bije niezwykła energia, którą najszybciej zauważyli ówcześni malarze i poeci. Jej portrety ceniono ze względu na ich psychologiczną intensywność i ponadczasowość: zbliżenie twarzy modela, szczególne światło, brak zbędnych detali. Te cechy są szczególnie widoczne w portretach kobiet; rzeczywiście, artystki nie interesowały dokumentalne szczegóły, charakterystyczne ubranie, zajęcie, pozycja społeczna, czy nawet osobowość modelek: to wszystko było drugorzędne wobec ponadczasowych, archetypicznych figur, które usiłowała uchwycić. Owijała arystokratki i służące w drapowane materie; przed obiektywem jej aparatu dochodziło tym samym do radykalnej demokratyzacji i zrównania ich pozycji. W atelier Julii Margaret baśń o Kopciuszku stawała się rzeczywistością: raz młody gentleman zakochał się w dziewczynie na zdjęciu i poślubił ją, choć okazała się być córką żebraka – a służąca pozująca w roli Matki Boskiej była znana w całej okolicy jako Marysia Madonna. Jednak ulubioną modelką naszej lady była jej siostrzenica, Julia Jackson: przyszła matka znanej malarki Vanessy Bell i jej siostry, pisarki Virginii Woolf we własnej osobie.

 

poza słowami
Największą siłą Julii Margaret Cameron było umiłowanie piękna. W swej nieukończonej książce autobiograficznej, „Annals of my Glass House”, wyznaje: „Pragnęłam zatrzymać każde piękno, które pojawiało się przede mną, i na dłuższą miarę udało mi się zaspokoić to pragnienie”. Z techniką była rzeczywiście na bakier – o czym do dziś można się przekonać oglądając odbitki wyblakłe, nierówno powleczone warstwą koloidu albo pełne drobinek kurzu. Ale czy technika jest najważniejsza, skoro jej zdjęcia mają to „coś”, czego przeważnie nawet nie da się nawet opisać słowami?

 

Marta Eloy Cichocka